WINE TIME to nowy sposób na degustacje win i jest to cykl spotkań w Gdyni z sommelierem, który poprowadzi Was po najlepszych winnicach świata, a wszystko to w otoczeniu lekkich przekąsek i wybornych serów. Dzięki uprzejmości Wine Time miałam okazję uczestniczyć w takim spotkaniu, na którym zajmowaliśmy się winami francuskimi. Właśnie te wina są specjalnością Skarbnicy Win, której właściciel pochodzi z Francji.
Dzisiaj w cyklu „Pożeraczka książek” prezentuję książkę, która jest dla mnie szczególna ważna, ponieważ łączy moją pasję kulinarną z wykształceniem biologicznym.
Dzika kuchnia
Łukasz Łuczaj
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
stron: 320

„Dzika kuchnia” to połączenie w sobie zielnika z książką kucharską i fotograficznym albumem. Autor książki to Łukasz Łuczaj, który podobnie jak ja ukończył studia o kierunku Biologia ze specjalizacją środowiską. Jego pasją jest ekologią roślin i etnobotanika (nauka bada związek między roślinami i kulturą społeczeństw), a ja swój tytuł uzyskałam właśnie z ekologii roślin, a zgłębiałam dziedzinę jaką jest archeobotanika (nauka o związku między roślinami, a człowiekiem w przeszłości). Jest to, więc dla mnie fascynująca lektura.
W książce poznajemy szczegółowo powszechnie występujące w Polsce rośliny jadalne (przy czym autor w „Ostrzeżeniu” wyjaśnia, że część z tych roślin można znaleźć w innych atlasach, jako trujące, ale ważne jest by wiedzieć, jak je przygotować, by takie nie były). Na początku książki znajdziemy spis treści z wyszczególnieniem na spis roślin i spis felietonów, a już pierwszy z felietonów znajdziemy tuż obok spisu.  
Następne strony to wspomniane „Ostrzeżenie”, w którym jest również mowa o tym, by rośliny spożywać z rozsądkiem i rozpoczynać od małej ich dawki, a także „Wstęp”. W tym rozdziale dowiadujemy się, że książka jest kontynuacją wcześniej wydanego poradnika i zawiera najpospolitsze oraz najbardziej wartościowe dziko rosnące rośliny jadalne. Jest też nawiązanie do historii, kiedy to „las był wielkim supermarketem” dla człowieka. 
 Dalej jest dział „Skład roślin” typowo biologiczny o wartościach odżywczych, składzie chemicznym roślin, o nasionach, owocach, częściach podziemnych, liściach i łodygach.  Dalej mamy biologiczny kalendarz z wyraźnym podziałem na pory roku i sezonowość wraz z wymienieniem gatunków występujących w danym okresie, jest to bardzo przydatny kalendarz, dzięki któremu nie przegapimy żadnego gatunku gotowego do spożycia.
Bardzo spodobała mi się strona z „8 przykazaniami zbieracza”, w których zawarte są podstawowe porady jak zbierać i przygotowywać jedzenie, a dalej wyjaśnienie terminów takich jak: blanszowanie, suszenie, dół ziemny czy ługowanie.
I po tym szerokim, ale potrzebnym wstępie rozpoczyna się główna cześć książki, czyli spis roślin z przepisami. Ważne jest to, że każdy gatunek został przedstawiony na zdjęciu, pojawia się opis roślin w raz z łacińskimi i polskimi nazwami, okres zbioru, substancje czynne i właściwości farmakologiczne, tradycyjne użytkowanie oraz pomysły na inne użytkowanie. Jeśli daną roślinę można pomylić z inną to dowiemy się tego z ramki „Uwaga! Nie pomyl z…„. 
 Po części zielnikowej zawsze następuje kulinarna z podaniem minimalnie dwóch przepisów na wykorzystanie danej rośliny. Przepisy są napisane zrozumiałym językiem, niektóre są prostsze, a inne wymagające czasu czy większych umiejętności, jednak każdy znajdzie coś dla siebie. Ja pod koniec września wybrałam się na zbiory i przetestowałam dla Was 2 przepisy: wątróbkę z jarzębiną i miód z rokitnikiem. Nie są mi też obce przepisy z wykorzystaniem dzikiej róży, które pokazywałam Wam w zeszłym sezonie np. konfitura z płatków róży. Przepisy z użyciem kwiatów i dzikich roślin znajdziecie u mnie na blogu w dziale „Biolog w kuchni”.
 Chciałabym zaznaczyć, że w tej książce ogromną rolę pełnią zdjęcia, która są przepiękne. Kiedy otrzymałam książkę, dzięki uprzejmości Księgarni Internetowej Gandalf, to pierwsze, co zrobiłam to właśnie przeglądanie zdjęć. Lubię, gdy jest ich dużo w zielnikach, tutaj też sprawdzają się doskonale. Co prawda, nie ma zdjęć do każdego przepisu, ale to pozwala nam ruszyć wyobraźnią skoro mamy fotografie danego gatunku. Fotografie przepisów wykonała Klaudyna Hebda prowadząca bloga Ziołowy Zakątek i składam uszanowanie za wykonanie świetnej roboty. 
  Tak jak napisałam na początku recenzji, książkę uzupełniają ciekawe felietony, wybrane z poprzedniej książki  autora -„W dziką stronę”. Nie będę Wam ich zdradzać, musicie zajrzeć do nich sami. 
Na końcu książki znajduje się alfabetyczny indeks oraz kalendarz zbioru dzikich i zdziczałych roślin jadalnych w formie tabelki. „Dzika kuchnia” wydana jest bardzo ładnie, w twardej okładce, pasuje mi też układ graficzny. 
Na końcu książki znajdują się dwa cytaty odnośnie tej książki, spodobał mi się cytat Wojciecha Modesta Amaro: „Ta książka, jak i cała praca Łukasza, jest niesamowita inspiracją do tworzenia współczesnej kuchni. Warto poznać tajniki natury i tkwiący w niej potencjał…„. 
„Dzika kuchnia” to pozycja dla ludzi, którzy chcą być odkrywcami i poszukiwaczami natury. Dla tych związanych z kulinariami by mogli poszerzyć horyzonty, jak nasi przodkowie oraz dla biologów, którzy chcą zaszaleć w kuchni. Jest też dla każdego, kto chce nauczyć się rozpoznawać rośliny na spacerze i potem popróbować je w kuchni. To książka do rozpoczęcia przygody ze zbieractwem i roślinami, która otwiera nam oczy na przyrodę. Polecam z całego serca, a kupić ją możecie tutaj w cenie 59,57zł- klik.
Składam podziękowania dla Księgarni Internetowej Gandalf za przekazanie mi tak świetnej książki do recenzji. 
W dzisiejszej recenzji znajdują się wyjątkowo dwie książki, które są jakby bliźniaczymi, bardzo podobne do siebie i pełniące te same funkcje.
„Niezapomniane smaki i smaczki”
„Moje ulubione przepisy”
Wydawnictwo: Seven
po 144 strony w każdej

Oby dwie pozycje są dosyć niezwykłe, ponieważ to my będziemy ich autorami. Wydawnictwo przygotowało dla swoich czytelników książkę, w której to oni będą zapisywać swoje przepisy ku pamięci. Niezapisane strony z gotowym układem graficznym do notowania podzielone są na nazwę potrawy, składniki oddzielone grafiką od sposobu wykonania, a kratki lub linijki ułatwiają proste wpisywanie naszych receptur. 
„Moje ulubione przepisy” – strony w linie, na grafice łyżeczka
„Niezapomniane smaki i smaczki” – strony do notowania w kratkę, grafika przedstawia ściereczkę i ubijak
Trochę zaczęłam wyjątkowo od końca książki, ale wszystko po to by przedstawić cel wydania książki, który jest również opisany na początku każdej z nich. Dowiadujemy się, że książki przeznaczone są dla fanów kulinariów, amatorów i mistrzów, którym gubiły się przepisy zapisywane na karteczkach. Te książki mają pomóc w porządkowaniu swoich przepisów. Te książki mają być naszym osobistym skarbem 🙂

Obok „Słowa od wydawcy” znajdują się zdjęcia oryginalnych kartek z przepisów. W „Moich ulubionych przepisach” jest to rękopis „ukochanej Babci” z recepturą na piernik, szkoda, że nie podano nazwiska tejże babci. Natomiast w „Niezapomniane smaki i smaczki” pojawia się kilka kartek na zdjęciu i tutaj wydawca składa podziękowania konkretnym osobom, które podzieliły się przepisami.

Zaraz za słowem wstępu w obu książkach podanych jest kilka przepisów, jest kilka prostszych jak np. naleśniki czy przygotowane przeze mnie ostatnio: pomidory pod pierzynką, są też bardziej wymagające przepisy np. ser „nabity w butelkę”, czy hałubcie lwowskie. Większość przepisów należy do tych staropolskich, nie podoba mi się jedynie, chociaż w niektórych przepisach np. mojej babci też takie kruczki znajduję, że w składnikach występuję vegeta, czy pojawia się konkretna nazwa margaryny (palma). 

Na oddzielną uwagę zasługuje design okładek, które są nietypowi twardymi okładkami, ale takie mięciutkie, jak przy książeczkach dla dzieci. Uwielbiam wszelakie kropeczki, paseczki, krateczki i kwiaty, więc oby dwie od razu rzucili mi się w oczy 🙂 
Z tyłu okładki ponownie mamy informację o misji tych książek i o tym, że może być ona dla nas samych, ale także na prezent dla kogoś bliskiego i myślę, że to jest strzał w dziesiątkę! Gdy skończą się kartki w moim pięknym notesie handmade kolejne będę zapisywać tutaj, a drugą książkę podaruję mojej Mamie.  
Książka jest idealnym prezentem dla osób kochających gotować 🙂
Cena tych książek to jedyne 25 zł, choć można dostać taniej, więc jeśli nie macie pomysłu na prezent to koniecznie zajrzyjcie na stronę wydawnictwa, gdzie książki są teraz w promocji po 18 zł – klik.

Dziękuję Wydawnictwu Seven za przekazanie książek do recenzji.
Ostatnio miałam okazję gościć na warsztatach „Ketchup Gournmand” pod patronatem marki Pudliszki. Warsztaty odbyły się CookUp Studio, gdzie trochę ciężko było mi trafić i dotarłam chwilę spóźniona – ominęło mnie zapoznanie się z blogerami ( kto był niech zostawia komentarz) i prezentacja. Przybyłam na szczęście na samo gotowanie pod nadzorem szefa kuchnia Pawła Kibart. Dania były niestandardowe i bardzo inspirujące. Podzieleni na grupy przygotowaliśmy dorsza w ketchupowej tempurze, żeberka w sosie bbq, domowe cannelloni z ketchupem zapiekane z mozzarellą, ketchupowy sorbet z wanilią (niestety to nie był trafiony pomysł) oraz to czym ja się zajęłam, czyli danie, które wymagało użytku siły – ketchupowe pikantne skrzydełka kurczaka.

 Dorsz w ketchupowej tempurze pierwsza klasa 🙂

 Skrzydełka pikantne ketchupowe – na pewno powtórzę w domu 🙂 Teraz już wiem, gdzie przeciąć, co obciąć by mieć piękne skrzydełka. 

 
Cannelloni ketchupowe z mozzarellą – niestety danie nie wyszło najlepiej, bo grupa makaronowa nie włączyła piekarnika 😉
 Danie z serii – kompletnie nie moja bajka – zbyt mocno waniliowe i zbyt mocno ketchupowe lody.
Były też przekąski, słodkości i lemoniada 🙂
 
Okazuje się, że ketchup Pudliszki zawiera mnóstwo pomidorów i nie ma w nim konserwantów. Same pomidory zawierają przeciwutleniacz likopen, którego w przetworzonych pomidorach jeszcze jest więcej, a wpływa on pozytywnie na nasz układ krwionośny. Ketchup w Europie pojawił się w XVIII wieku i grono jego fanów ciągle rośnie.
Pamiątkę zdjęcie z Szefem Kuchni, Olą Małą i Adą z Pora Coś Zjeść.
*wpis nie jest sponsorowany
Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić na zdjęciach jak wyglądał Sopot od kuchni – Slow food festiwal. Wydarzenie miało miejsce na molo w Sopocie w Dzień Matki, gdzie powstał najdłuższy stół, przy którym trójmiejskie restauracje prezentowały mniej lub bardziej ciekawe kulinarne pyszności.
Wstęp kosztował 25 zł – czyli 5 kuponów, a każdy z nich dawał nam możliwość spróbowania czegoś pysznego. Szkoda, że nikt nie wspomniał, że wstęp na molo będzie mimo wszystko płatny, więc do całości trzeba było dodać jeszcze 7 zł.